Miejscowości

Wiadomości

wtorek, 29 październik 2013 10:19

Operacja Karpacko Dukielska trwająca przez jesień 1944 roku to ważny epizod II Wojny Światowej

Napisane przez 

Wstawał świt 8 września 1944 roku. Tegoż dnia niebo nad dukielszczyzną było zachmurzone a mgła jeszcze zalegała. Żołnierze przygotowani do boju z niecierpliwością czekali na rozkaz „Nacierać”. Dowódca 38 Armii generał Kiryłł Moskalenko czekał na odezwę dowódcy I Frontu Ukraińskiego marszałka Iwana Koniewa. Chociaż czas na przygotowanie operacji był za krótki to de facto bitwa miała się wkrótce rozpocząć. Wreszcie wszystko było już ustalone. Rozkaz padł… piechota ruszyła.

Dukla 46 thumb medium480 322

Operacja Karpacko Dukielska trwająca przez jesień 1944 roku to ważny epizod II Wojny Światowej. W gigantycznym starciu wojsk pancernych lotnictwa i piechoty starły się 38 Armia generała pułkownika Kiryłła Moskalenki i Korpus generała Gottharta Heinrici. Operacja Karpacko Dukielska to chwała oręża Armii Czerwonej i danina krwi jaką im dane było zapłacić... Szanując przelaną krew przez pamięć o tych którzy szli i nie doszli. Pozostały wojenne cmentarze  i żywa pamięć o poległych. Generał Ludwik Svoboda tak wspominał ten czas: „Bitwa, którą hitlerowcy nazwali operacją karpacko - dukielską, rozpoczęła się o świcie 8 września 1944 roku. W tym dniu jeszcze o godzinie 6.30 rano tysiące rwących się niecierpliwie do walki, zmęczonych wytężonym marszem i bezsenną nocą żołnierzy czechosłowackich, patrzyło na górskie masywy Karpat, na pokryte lasami szczyty, na wzgórza pnące się pod chmurnawe niebo. Każdy z nich wiedział, że te cichy góry i lasy wkrótce staną się świadkami zażartych walk. Cisza tak dobrze znana żołnierzom, mówiła, że lada chwila ten wymowny i szczególny spokój, poprzedzający każdą większą operację, zostanie przerwany ogniem artyleryjskim 38 armii. A w składzie tej armii było luf armatnich powyżej półtora tysiąca. Dziesięć minut później zagrzmiały na północny zachód od polskiego miasta Krosna działa najróżniejszych kalibrów. Ogień wzmagał się z minuty na minutę, aż wreszcie zmienił się w piekielny huragan. Ziemia drżała od głuchych wybuchów, a okolica przed nami wkrótce okryła się gęstym dymem. Tak zaczęły się walki o przejście przez Karpaty. Walki, które według założenia miały być rozstrzygnięte łatwo i szybko. Rozważałem w myślach raz po raz nasze nowe zadanie. Wiedziałem, że przejście przez Karpaty nie przyjdzie nam lekko. Zresztą tylko niemądry dowódca, myśląc o nieprzyjacielu, nie liczy się z jego wszystkimi możliwościami. A faszyści mieli w Karpatach warunki wyjątkowo dogodne. Mieli w swym ręku szczyty, wszystkie wzgórza i wzniesienia i prowadzili obronę. A my musimy nacierać. Mają rozbudowany silny system obrony. My zaś mamy ich zaskoczyć szybkością, siłą uderzenia, które nie pozwoliłoby im się szybko opamiętać. Szybkim uderzeniem nie pozwolić nieprzyjacielowi na zajęcie w porę dogodnych pozycji obronnych - tak scharakteryzował to marszałek Koniew.

W ciągu pierwszego dnia natarcia nie udało się dokonać głębszego wyłomu w systemie obrony nieprzyjaciela. A to poważnie zmieniło cały bieg wydarzeń. Brygada naszego korpusu razem z 25 korpusem pancernym i 1 korpusem kawalerii gwardii wchodziły w wyłom trudnymi drogami górskimi. Drogi były zapchane, regularne posuwanie się wojsk drugiego rzutu rwało się raz po raz. Padły pierwsze strzały, za nimi posypały się dalsze. Nasi kanonierzy strzelali celnie. Dokładnie mierzonym ogniem odparli pierwsze natarcie żelaznych potworów. Nieprzyjaciel cofa się, poniósłszy znaczne straty. To pierwsze starcie z nieprzyjacielem kosztowało 2 batalion siedemnastu zabitych i rannych. Pierwszy chrzest ogniowy w Karpatach. Przebicie się jednak nie było łatwe. Skutki ognia faszystowskich sześciolufowych moździerzy i dział oraz stałych kontrataków były fatalne. Żołnierze 3 brygady, których większość po raz pierwszy brała udział w boju, znaleźli się w ogniu granatów przeciwpancernych i min. Pierwsze dziesiątki zabitych, pierwsze dziesiątki rannych. Wielu żołnierzy ogarnęła depresja. Zwłaszcza tych co przechodzili bojowy chrzest.

Dukla 53 thumb medium479 320

Rano w trzecim dniu walk 3 brygada ruszyła do nowego natarcia. Żołnierze na próżno rzucają się do szturmu. Przeciwnik znów odparł ataki. Natomiast 1 brygada już od świtu, gdy rozpłynęła się mgła, ustala pozycje nieprzyjaciela. Natarcie się opóźni. Artyleria się nie zdążyła w ciągu nocy przegrupować. Niektóre baterie dopiero teraz zajmują stanowiska ogniowe. Bez ich solidnego wsparcia nie rozpoczniemy. Jest to pierwsza nauka płynąca z dotychczasowych walk w górach. Nauka opłacona krwią. Faszyści wykorzystali wzniesienia karpackie doskonale. Umocnili się na ich szczytach, na stokach i przeciwstokach dolin, a drogi dojścia do nich trzymali pod dokładnym ostrzałem. W tym czasie, w roku 1944, większość ich była zdecydowana jeszcze nawet umrzeć za Führera, byle tylko nie przepuścić przez Góry Karpackie Armii Radzieckiej i Czechosłowaków, którzy mieli rozkaz przebić się w głąb Słowacji, do powstańców. Hitlerowcy zawzięcie bronili każdego wzgórza i pagórka, każdego stanowiska, każdego okopu, każdego zbocza. Chodziło im o własną skórę, toteż walczyli zaciekle, bojąc się odwetu za Lidice, Leżaki, za spalone i spustoszone wsie radzieckie i miasta. Ale nam z kolei powierzono zbyt wielkie zadanie, by wolno nam było utknąć w Karpatach. Wola i pragnienie zwycięstwa pchały nas naprzód. Ledwie jednak osiągnęliśmy jeden szczyt, widzieliśmy już przed sobą następny. A za nim na lewo i na prawo wznosiły się następne. Było ich mnóstwo. Jednego z tych wzniesień nie zapomnę do końca życia. Było to wzgórze 534. Na pierwszy rzut oka nic specjalnego. Na Pogórzu Karpackim są podobnych wzniesień dziesiątki i setki. Ale w pasie naszego natarcia to właśnie wzgórze miało niezwykłe znaczenie. Decydowało o możliwościach dalszego marszu naprzód. Kto był panem wzgórza 534, panował nad doliną i drogami do miasta Dukli. Tak więc 11 września o brzasku rozpętały się krwawe walki. Wzgórze 534 stało się świadkiem najbardziej zażartych walk. Wokół tego wzniesienia rozegrało się tyle dramatycznych wydarzeń, że nikt, kto te boje przeżył, nigdy go nie zapomni. Po kilku dniach ciężkich walk zdobyliśmy Wzgórze 534. Wydarliśmy je faszystom mimo, że wprowadzili do walki, nową, świeżą dywizję i dodatkową dywizję pancerną. Wzgórze miało strategiczne znaczenie, dlatego Niemcy prowadzili tak zacięte walki. Na wzgórze waliły się bez przerwy fale kontrataków. Ile ich było w sumie, tego już chyba nikt nigdy nie policzy. Niespodziewanie silne natarcie na Duklę z 19 na 20 września powiodło się. Padło miasto Dukla, w którym znalazły śmierć setki hitlerowców. Było to nie tylko zasługą broni naszej i radzieckiej, lecz również broni nieprzyjaciela. Faszyści, wściekli z powodu utraty ważnego węzła obrony, rzucili na miasto śmiercionośny huragan pocisków, zasypując nimi również swoje wycofujące się wojska.

Dukla została zdobyta, ale przed nami była jeszcze ciężka droga do granicy Słowacji.”

Wspominają mieszkańcy Zyndranowej: „Gdzieś tak po dwóch tygodniach walk do Zyndranowej dotarli radzieccy zwiadowcy .Uciekajcie stąd, bo szykują się ciężkie boje – ostrzegli mieszkańców. Łemkowie posłuchali. Jedni ruszyli do Daliowej, inni do Zawadki. W tej drugiej grupie znalazła się Anna Gocz z dwoma synami. Gdy opuszczali wieś była cisza, później Niemcy rozpoczęli ostrzał. Ogoń – padł rozkaz, gdy matka z dziećmi znalazła się na wysokości radzieckich armat. Wystrzały zupełnie ich ogłuszyły, podmuchy powietrza zwaliły z nóg. Grażdanie, uchoditie – krzyczeli artylerzyści. Ale dokąd? Na szczęście jakiś oficer kazał przeprowadzić ich między armatami. Z pomocą radzieckiego żołnierza dotarli do Zawadki, tam w polowej kuchni dostali trochę zupy i garść sucharów.”

Jak było ciężko tego czasu? Oddajmy głos wspomnieniom.

„Pewnego dnia Niemcy wskazali Annie drogę do piwnicy pod ziemią i wręczyli jej telefon. "Wszystko co mogłam usłyszeć to strzelanie i eksplozje" powiedziała. "Walka na północy zaczęła się. Niemcy poszli do doliny aby dołączyć do walk ale nie wrócili. Mieliśmy 7 krów i rano wstałam aby je wydoić. wtedy zobaczyłam fafar (proboszcz) wychodzącego z lasu. Jego ubrania były podarte i był cały zadrapany. Czołgali się na rękach i kolanach wzdłuż rzeczki. Poprosili mnie o mleko. Właśnie było wydojone od krów i im dałam. Wtedy farar wyciągnął dłoń i nalegał aby mi zapłacić za to mleko". "Czas wam iść- powiedział, walka zbytnio się zbliża ". Około pierwszego października rodzina zakopała zapasy zboża, miodu i twarogu na przyszłość i podążyła na południe na farmę niedaleko Chmelovo znajdującej się na drodze do Presova. Pośród zmarłych w Hunkovcach była mama Anny. "Nie wiemy jak zmarła"- powiedziała Anna. "Może Niemcy ją zastrzelili albo Sowieci. Może po prostu zginęła w bombardowaniu. Albo zmarła w lesie i z powodu walk oraz zimy nikt nie mógł odzyskać jej ciała. Wiosną moi bracia poszli tam aby ją znaleźć. Owinęli ją w prześcieradło i zakopali w dziurze po bombie"- mówi, nadal ją opłakując 60 lat później. Anna Maššová.

Dukla 72 thumb medium481 245

Noc na przełęczy

Gdy zostałem mianowany na zastępcę dowódcy artylerii, miałem mieszane uczucia. Trwały wówczas walki o górę Obszar, położoną na południe od Niżnego Komarnika i o podejście do Wąwozu Krajniepolanskiego. Hitlerowcy ze wszystkich sił trzymali się ostatnich pozycji obronnych na wyjściu z Karpat. Kierowaliśmy na przeciwnika ześrodkowany ogień artyleryjski, lecz było to nadaremne. W żaden sposób nie udawało się [nam] zepchnąć Niemców z gór do Doliny Ondawskiej. „Jak im się udaje tam przeżyć?” – wiele razy zadawałem sobie to pytanie. Wtedy jeszcze nie znałem taktyki przeciwnika. Nasz ogień artyleryjski robił duże wrażenie, ale jego skutki w stosunku do zużytej amunicji były mizerne. Było tu coś, o czym nie wiedziałem. Wieczorem po walce, nieoczekiwanie dla samego siebie, zdecydowałem się poprosić o spotkanie z generałem Swobodą w punkcie dowodzenia korpusu w Barwinku. Przyjął mnie wyraźnie zmartwiony. Swoboda położył okulary na mapę rozłożoną na prostym, wiejskim stole, po czym podał mi rękę i powiedział, bym usiadł na ławce obok niego. W słabym świetle przykręconej [do stołu] lampy naftowej ostre rysy jego twarzy wydawały się delikatniejsze. W piecu leniwie palił się ogień, w kącie stało drewniane łóżko ze starannie złożoną pościelą. Z sąsiedniego pokoju donosił się stuk maszyny do pisania i monotonnie dyktujący głos. Dowódca korpusu wyglądał na zmęczonego. [179] - Co u ciebie? – zapytał generał i przenikliwie spojrzał mi w oczy. - Panie generale – zacząłem nieśmiało, - wystrzeliliśmy dzisiaj w Obszar i Bezimienną trzy tysiące pocisków i min, a Niemcy – ani rusz! Generał rozumiał, że to nie wszystko i cierpliwie czekał. Mówiłem [więc] dalej: - Piechota przestaje nam wierzyć. Utrata zaufania do artylerii to poważna sprawa… Generał Swoboda spojrzał na mnie pytająco i od razu zrozumiałem, że wszystko to, o czym mówię, nie jest dla niego nowością. Chciałem dopowiedzieć swoją myśl, lecz przerwał mi: - Tak, chłopcy, wasze sprawy rzeczywiście nie stoją dobrze … A to kosztuje nas dużo krwi. Zabrzmiało to tak, jakby zarzut był skierowany do mnie; zaczerwieniłem się. Artyleria nie wypełniała swojego zadania, to było jasne. Ale na czym polegał nasz błąd? Przypomniałem sobie o stratach, które rosły z każdym dniem i wszystko się we mnie zapaliło, jakby palili mnie rozżarzonym żelazem. W myślach powtarzałem sobie, że przyczyna niepowodzeń leży w moim braku zdolności. W żaden sposób nie udawało się nam zdusić przeciwnika, zerwać jego kontrataków, słowem – zniszczyć go. Byłem do końca świadom gorzkiej prawdy, że piechota wyczerpała swoje siły, że jej liczba spadła do najniższego poziomu, a tymczasem artyleria ma się świetnie i mimo to nie może zadać przeciwnikowi miażdżącego uderzenia. Zastanawiałem się, co odpowiedzieć dowódcy korpusu na jego pełną wyrzutu uwagę o naszych niepowodzeniach. - Z takimi środkami zwiadowczymi, jakie posiadamy, - powiedziałem, - w żaden sposób nie możemy ustalić położenia obiektów i strzelać do konkretnych celów. Strzelamy po całym placu – wszędzie i nigdzie. W rezultacie po prostu rozrzucamy amunicję, a gdy piechota atakuje, przeciwnik zaraz zatrzymuje ją ogniem i kontratakiem. Jeszcze nie znałem charakteru generała Swobody i czułem się nieswojo od jego milczenia. Niechby cokolwiek powiedział, byle by tylko wiadomo było, o czym myśli! Nie pozostawało mi nic innego, jak kontynuować swój monolog. Napięcie w pokoju rosło. - I potem, panie generale, - ciągnąłem, - nie mamy czasu na wywiad artyleryjski i odnalezienie gniazd ogniowych przeciwnika. - W tym miejscu przypomniałem sobie to, o czym nie raz myślałem i szybko dodałem: - Nie powinniśmy rozpoczynać natarcia zaraz po przygotowaniu artyleryjskim. To pomaga przeciwnikowi domyślić się, kiedy nastąpi atak naszych oddziałów. Może lepiej zaczynać natarcie w czasie przygotowania artyleryjskiego, w momencie, gdy tempo i siła ognia osiągną apogeum? Generał kiwnął głową i z ulgą poczułem, że dowódca korpusu nie zamierza odrzucać moich krytycznych uwag. Przecież jeszcze nie zdążyłem oswoić się w korpusie, a już pcham się ze swoimi radami! Nabrawszy otuchy, wypaliłem: - Potrzebujemy informacji, panie generale! Na gwałt, najszybciej, jak to możliwe… powinniśmy mieć dobre informacje. Gdy już skończyłem, nagle zrozumiałem, że wszystkie moje usilne prośby są nie na miejscu, ponieważ dowódca korpusu sam dobrze wiedział, co jest nam potrzebne. Generał przymrużył oczy i wydało mi się, jakby lekko się uśmiechnął. - Cieszę się, że przyszedłeś, - powiedział spokojnie i przejechał ręką po długich, szpakowatych włosach zaczesanych do tyłu. W jego szerokiej twarzy widać było życzliwe, dobre nastawienie. Szczerze cieszył się z obecności człowieka, który rozumiał, jaka odpowiedzialność leży na jego barkach. W czasie rozmowy generał przechodził od spraw oficjalnych do przyziemnych i z wielką uwagą słuchał współrozmówcy. - Gdybym miał takich zwiadowców, z jakimi zaczynaliśmy, nie siedzielibyście teraz bez informacji. - Generał zamyślił się, potem dodał: - Teraz tych chłopców już nie ma. Nastąpiła smutna chwila milczenia. - Potem generał Swoboda konspiracyjnie zniżył głos i skłonił się w moją stronę: Możliwe, że wkrótce cię ucieszę. To znaczy, że coś się szykowało? Moja ciekawość wzrosła, lecz nie udało mi się dowiedzieć od dowódcy niczego istotnego. Patrzył zamyślony i mówił cicho, jakby tylko do siebie: - Ja wiem, praca zwiadowców jest trudna, przeciwnik jest ostrożny. Nie może to jednak usprawiedliwiać porażki. - I jakby znowu uświadamiając sobie moją obecność, popatrzył na mnie i powiedział już inaczej: - Miejsce i warunki pogodowe sprzyjają pracy zwiadowczej, ale rezultatów [181] na razie nie można nazwać satysfakcjonującymi. Mimo kategorycznych rozkazów, by pochwycić „języka”, grupy zwiadowcze wracają z gołymi rękami. Generał mówił wolno, spokojnie, tylko czasami niespodziewanie podnosił głos, akcentował jakieś słowo, potem znowu zniżał go do początkowego spokojnego tonu. „Tym bardziej powinniśmy wykorzystać siłę bojową naszej artylerii” – tak rozmyślałem i nagle zauważyłem, że po twarzy generała przeleciał cień. - O amunicję się nie martwcie! Wszystko idzie teraz na główny odcinek (sektor), na zachód! – niespodziewanie i w sposób nie znoszący sprzeciwu ogłosił dowódca korpusu. Do pokoju wszedł szef sztabu, major Łomskij. Krzepki mężczyzna z wysokim, surowym czołem nad zapadniętymi oczami. Sprawiał wrażenie człowieka myślącego. Dowódca sztabu położył przed generałem ostatnią listę strat. - Widzisz, - powiedział naczelnik korpusu słabym głosem, obróciwszy się w moją stronę, - na Bezimiennej z szeregów znów ubyło 25 osób. Jeśli tak dalej będzie… - naczelnik zamilkł i zaczął patrzeć gdzieś w dal. Milczałem i ja. Zacząłem mechanicznie czytać słupki nazwisk. Jedno z nich znałem. Wyszedłem na ulicę i zanurzyłem się w zimnym, nocnym powietrzu. W [mojej] głowie mieszały się najróżniejsze myśli, a przed oczami cały czas miałem tę fatalną listę. Jeszcze wczoraj to byli ludzie, dziś to tylko nazwiska. Błoto chlapało pod nogami. Ktoś przede mną soczyście zaklął.

* * *

W domu usiadłem, głowę bezsilnie opuściłem na ręce. W myślach widziałem tych, którzy zginęli, upadli na leśne igliwie; obraz ten dręczył mnie nieznośną wyrazistością. [Nawet] nie zauważyłem, jak zasnąłem. We śnie widziałem wielu naszych bojowników. Stali w równych szeregach pośrodku zniszczonego lasu, stali mocno, jakby wrośli w kamienną glebę góry. Zdjąłem czapkę i długo patrzyłem w ich twarze. Nagle obudziłem się. To był zadziwiający sen. Wszystko było jak na jawie. Otworzyłem okno. Otuliło mnie nocne powietrze, takie chłodne i wilgotne. Wyciągnąłem rękę. Pojawiły się na niej kropelki deszczu ze śniegiem. W domu było bardzo ciasno. Zapragnąłem wyjść na zewnątrz, na niepogodę, na szeroką przestrzeń. [182] Było koło dwunastej. Tonąc po łydki w papce z błota i śniegu, brnąłem w kierunku szosy dukielskiej. Starałem się następować na ślady, które ktoś tu zostawił, lecz cały czas natrafiałem na skrzynie z amunicji. Błoto mocno kleiło się do nóg. W końcu wydostałem się z karpackiego błota i poszedłem po szosie w górę, w stronę przełęczy. Orzeźwiany wiaterkiem, stałem na historycznej granicy górskiej, która od dawna była granicą między dwoma światami. Niespodziewanie dla samego siebie zrozumiałem, po co był mi potrzebny ten ryzykowny nocny spacer, co właściwie wygoniło mnie z domu w deszcz i niepogodę. W ciemnościach nocy intuicyjnie określiłem położenie Bezimiennej i zacząłem patrzeć w tamtym kierunku, jakby na coś czekając. Nocny deszcz otulał górę i przez to wydawała się jeszcze bardziej tajemnicza. Było cicho. Gdzie odpoczywają żywi, potrzebna jest cisza, lecz ta cisza, która zapada po walce, jest straszna. Jedna myśl nie przestawała mnie dręczyć: „Oni są martwi!” Wtedy właśnie postanowiłem: jutro wyjdę na Bezimienną. To moja powinność. Muszę na miejscu zrozumieć, dlaczego te walki się nie kończą. Poczułem chłód na ciele i zacząłem myśleć o powrocie. Nagle intuicyjnie poczułem, że oprócz mnie na przełęczy jest ktoś jeszcze. Wyciągnąłem pistolet. Przez minutę w milczeniu staliśmy naprzeciw siebie. Obydwoje byliśmy zdenerwowani. Potem ostrożnie podszedłem trochę bliżej i dojrzałem jasny owal kobiecej twarzy. Kobieta? Kiedy poznała mnie, westchnęła z ulgą. - Wiero, co pani tu robi o tej porze? - A pan czego tutaj szuka? - Czekam, kiedy słońce wzejdzie nad Bezimienną, - zażartowałem, lecz zaraz zapytałem już na poważnie: - Wiero, dlaczego pani nie śpi? Ona najpierw milczała, ale za jakąś minutę powiedziała szeptem, z drżeniem w głosie: - Boję się o niego. - Jutro tam będę, poszukam go. Ja i Wiera, łączniczka sztabu korpusu, staliśmy koło małego cmentarza wojennego ze świeżymi grobami. Było ledwie słychać, jak mokry śnieg delikatnie spadał z drzew na ziemię… Gdy trochę się uspokoiłem, wróciłem do domu; podjąłem ostateczną decyzję - rankiem wyruszam na górę.

Dukla 86 thumb medium480 385

Bitwa była krwawa i okrutna. Żołnierze przedzierali się metr po metrze do granic Słowacji. Często po ciałach poległych towarzyszy. Koniec był bliski… Dopiero styczniowa ofensywa Armii Czerwonej wyzwoliła Krempną i pozostałe wioski dukielszczyzny. Chwała oręża przeminęła bezpowrotnie. Cóż pozostało po tamtych tragicznych dniach. Krwawe wzgórze milczy. Tylko wiatr historii szeptem cicho szemrze…

Marcin Michańczyk

Pogoda Cisna z serwisu

Najbliższe wydarzenia

Brak wydarzeń

Facebook

Nasz kanał YouTube

Artykuły

Atrakcje w Bieszczadach

Ciekawe miejsca w Bieszczadach

Cerkwie, koscioły i cmentarze w Bieszczadach

Szlaki turystyczne w Bieszczadach

Szlaki rowerowe w Bieszczadach

Trasy samochodowe w Bieszczadach

Zabytki w Bieszczadach

Fauna bieszczadów

Flora bieszczadów

Ciekawostki

Ciekawi ludzie w Bieszczadach

 

Kontakt

Bieszczadzki Portal Turystyczny wbieszczadach.net Redaktor Naczelny Piotr Kutiak 663 740 066
 Potrzebujesz reklamy? ZADZWOŃ502 920 384